Doświadczenia wędrowca ,czyli moja historia o oobe.

Wpis

wtorek, 17 lipca 2012

Trudno nie wierzyć w nic

Pisząc poprzedni wpis miałem taki moment w którym pomyślałem po napisaniu większości tekstu, że nie jest on potrzebny. Napiszę o samych doświadczeniach i też będzie dobrze. Zanim jednak usunąłem to co napisałem przyszła myśl, żeby poczekać z tekstem. Zostawiłem go na jakiś czas, a gdy później do niego wróciłem nieco przychylniej na niego spojrzałem. W końcu został, chociaż nie napisałem tam wszystkiego co działo się przez te parę dni. Na to też dałem sobie trochę czasu, a teraz mogę to opisać.

Nigdy nie byłem osobą, która potrzebowała religii w swoim życiu, chociaż nie mogę powiedzieć, że byłem ateistą. Bóg dla mnie istniał, bo to wszystko nie mogło powstać na drodze przypadku. Jednak na tym się to kończyło, a temat Boga zostawiałem dla innych osób, które lubują się w tych tematach. Ostatnie wydarzenia (odzyskanie skrzydeł) miały dość duży wpływ na moje życie fizyczne, a przynajmniej przez parę  dni coś się zmieniło. I to tak naturalnie jakby od zawsze te zmiany, które wtedy powstały, były w moim życiu. Teraz myślę, że mogło to być spowodowane podwyższonymi wibracjami jak na to się mówi. Chodzi o to, że moja energia była inna, chociaż z każdym kolejnym dniem to wszystko powoli przechodziło i zaczynało wracać do normalności. 

Najmocniej odczuwałem to w pierwszych dniach miesiąca. Najpierw zauważyłem, że inaczej się czuje - przestały przyciągać mnie materialne rzeczy. Dosłownie, nawet jedzenie stało się takie, że można po nie sięgnąć kiedyś tam. Tym kiedyś tam stał się dźwięk  dobiegający z brzucha, który ogłaszał swoje roszczenia dotyczące tego, że jeszcze nic nie jadłem. Rozmyślałem sobie o różnych rzeczach i obserwowałem swoje podejście. Dalej mnie nic nie przyciągało, a smak zwykłej wody stał się jakiś lepszy. Teraz w wakacje zacząłem dorywczo roznosić ulotki dla paru złociszy, więc kiedy tak sobie chodzę rozdwajając ulotki mam sporo czasu na rozmyślenia. Nawet tutaj zauważyłem zmianę i jednoznacznie skojarzyłem to z uczuciem miłości. Pamiętam to jak jeszcze chodziłem ze swoją dziewczyną, te uczucie miłości sprawiało, że mogłem przejść  na drugi koniec Ziemi, jeśli tylko by trzeba było, a ona była obok mnie. Tutaj to uczucie występowało tak sobie, bo przecież nikogo fizycznie nie było obok mnie.

2 lipiec

Godmode - tryb Boga

Świadomy sen. Jestem w swoim mieście niedaleko szkoły, wszystko wydaje się być takie jak w realu, ale szybko zauważam, że prowadzę obok siebie jakieś dziecko trzymając go za rękę. Dziwię się tym, ale nie przestaje go trzymać. Prowadząc go dalej próbuje się dowiedzieć od niego, jaki mamy rok we śnie. Przyszła mi myśl, czy to nie jest może jakaś sytuacja w przyszłości, albo w przeszłości. Nie dostaje odpowiedzi, chociaż próbuje parę razy zagadać ot tak. klik Dziecko mi gdzieś znika, jestem niedaleko domu. Czuję na sobie wzrok paru istot, które ukrywają się w mroku. Uciekam chcąc je zgubić, ale dalej czuję, że depczą mi po piętach. W końcu łapię się na tym, że przecież to sen - po co ja uciekam ? W tym momencie postanawiam włączyć jak w grach tryb Boga tzw. Godmode. 

Od razu zaczyna się coś dziać, unoszę się parę metrów nad ziemię a z każdej strony dopływają do mnie  energie. Wszystko trwa dosłownie sekundy, chociaż opis słowny jest o wiele dłuższy od samego zdarzenia. Energie szybko mnie wypełniają, a ja czuję, że mógłbym nimi rozwalić cały swój sen, który już zaczynał tracić na stabilności. Kiedy energie dalej do mnie docierały powiedziałem do swoich prześladowców "no to teraz macie przejebane". Podczas wykonywania pierwszego ataku następuje klik.

Jestem w jakimś małym prostokątnym pokoju gdzie z ścian wystają deski, na których siedzą moi towarzysze. Stoję na środku tego pokoju gdzie  obserwuje co zrobiłem, nad głowami tych osób w ścianie jest wyryta jakby laserem ścieżka, jeszcze trochę niżej to nic by z nich nie zostało. Uff... Znowu klik, tutaj już świadomość jest niska, wszystko przykrywa bezsensowny sen, a ja i tak mało co z tej drugiej części zapamiętuje, chociaż to zazwyczaj było odwrotnie. Zawsze zapamiętywałem dobrze koniec, a teraz tylko początek.

Historia lubi się powtarzać

Do opisu jaki zamieściłem w poprzednim wpisie o tym, że tracąc substytuty jakimi się karmi, następuje moment kiedy już nawet nie ma się siły o te zamienniki walczyć. Jednak nie uwzględniłem możliwości powrotu własnych energii miłości, co sprawia, że znowu można zacząć walczyć o pozostałe elementy. Więc i tutaj czai się pułapka, świecący drogowskaz obiecujący wiele wspaniałych doznań co bardzo kusi ego. Ale i tak nie warto. Wybaczam sobie kryjące się we mnie chęci zemsty na swoich prześladowcach, a tych dla których ja byłem katem proszę o wybaczenie. Starczy walk, teraz będę musiał oddać swoje ulubione zabawki - granaty i katanę, którymi bardzo często się posługiwałem. 

4 lipca

 Pozłacanie skrzydeł

Kolejny dzień rozdawania ulotek na mieście, a mi w głowie dalej odbijają się echem słowa "odzyskałem swoje skrzydła". Chcąc nie chcąc myślę o tym, co to właściwie znaczy i jak to traktować. Dochodzę do wniosku, że nawet jeśli uznawać to wszystko za symbole to i tak bardzo lubię skrzydła jako symbol wolności. No i dalej we mnie jeszcze jest te uczucie, które powoduje, że skrzydła z moich myśli wędrują na plecy by tam mogły się rozprostować. Pogoda jest ładna, wiec niech nacieszą się słońcem. W pewnym momencie kiedy tak sobie chodzę i mam zwizualizowane skrzydła coś się dzieje. Czuję jak w czakram serca wpada jakaś energia, która poprzez czakram rozchodzi się łagodnie, lecz bardzo wyczuwalnie po całym ciele, a także po zwizualizowanych skrzydłach. W myślach niemal jak w mentalce widzę bez żadnych moich ingerencji, jak ta energia idzie także na skrzydła nosząc ze sobą złoty kolor, który pozłaca od góry skrzydła na całej ich długości.

Mimowolnie się uśmiecham, aż za bardzo i to w takim miejscu. Myślę o tym, żeby to szybko mi przeszło bo nie mogę przecież tak chodzić ciesząc się jak mysz do sera. Na moje szczęście to powoli znika, a raczej stabilizuje się. Już nie czuję nadmiernej radości, wszystko się uspokaja. Jednak uczucie, jak ta energia rozchodziła się po ciele i skrzydłach było bardzo sugestywne.

Spotkanie

Krótki sen ( w sumie to ja mało z tego zapamiętałem), nie opisałbym go, ale jednak miał w sobie coś, co sprawiło, że postanowiłem go opisać. To coś, co sprawiło, że o tym piszę było spotkanie pewnej osoby. Cała była w czarnym płaszczu, który ją szczelnie zakrywał niemal od stóp do szyi, a ja miałem co do tej osoby poczucie, że jest ona silną osobą, że ma w sobie dużo energii, a jednocześnie nie czułem od niej niczego. To jednak nie było w stanie mnie zmylić, wydawało mi się, że dobrze ją znam jaka jest. Przytuliłem się do niej po zobaczeniu jej jak jeszcze do nikogo. Chociaż przytuliłem to złe słowo, ja się do niej przykleiłem niemal i tak pozostałem jakiś czas. Było to niemal tak, jakbym spotkał kogoś, kogo od dawna nie widziałem. Z tego co jeszcze pamiętam, po tym jak się już od tej osoby odkleiłem, zaczęliśmy mówić o jakiejś innej osobie.  - Jeszcze jej tu nie ma, powiedziała tajemnicza osoba i zadzwoniła gdzieś.

Forma czystej świadomości

Świadomy sen, jestem w jakimś nieznanym miejscu - odbieram go jako luksusowe miejsce a w nim jakąś dziewczynę. Piszę, że odbieram bo jako tako tego nie widzę (coś jakby mentalne oobe). Ubiór dziewczyny też jest jakiś wyjątkowy, nie mam pojęcia kim jest. Uczę ją pewnych rzeczy, wiem, że ta dziewczyna jest manipulowana przez jakąś osobę ze świata fizycznego, która wmawia jej ograniczenia, które tutaj nie istnieją.

Chcę jej zatem pokazać, że tutaj można dowolnie zmieniać grawitację. Sufit może stać się podłogą, a podłoga sufitem. Swoją formę również można zmienić stając się czystą świadomością bez formy. Mówiąc to od razu jej to demonstruję, przy zmianie formy w czystą świadomość moje poczucie istoty ograniczonej pewnymi granicami znika. Natychmiast rozlewam się po całym pokoju jakbym był wszędzie, a jednocześnie dalej zachowuje siebie co odczuwam jako już o wiele bardziej subtelne zarysowanie swojej poprzedniej formy na środku pokoju. To jest punkt z którego to wszystko obserwuję. klik

Podróż do nieba

Dalej to wszystko przypomina mentalne Oobe. Lecę gdzieś w przestrzeni pełnej czerni, kierunek hmm lotnisko ? Nie pamiętam, ale było to jakieś fizyczne miejsce. Jakaś niewidzialna siła ciągnie mnie w różne kierunki, ale w końcu dochodzę do wniosku, że nic z tego nie wyjdzie i chcę aby to coś przestało mną kierować. Pamiętam ten rodzaj niewidzialnego prowadzenia, to nie był ten Mtj, którego pamiętałem z dawnych podróży z nim. Mtj działa o wiele łagodniej, ta siła jest mocniejsza i obejmuje mnie całego, chociaż nie aż tak, żebym się na to skarżył. Powiedzmy, że tutaj czuję się nawet bezpieczniej, chociaż nie podobało mi się to ciągłe zmienianie kierunków. Kiedy to coś mnie puszcza ja spadam w dół. Lecę w dół i zaczynam widzieć jak w czerni tworzy się świat stworzony ... z klocków jak w minecrafcie (tylko w lepszej jakości ^^).

Spadam przez jakiś czas w dół, przelatuje pomiędzy drzewami i przez ziemię dalej w dół, od pewnego momentu zacząłem o własnych siłach lecieć do góry. Nie zamierzałem sprawdzać co jest na dole, bo o tym jakby podświadomie wiedziałem. Tą samą drogą, przez ziemię a następnie pośród wielu drzew wylatuje dalej lecąc w górę. Lecę już jakiś czas, już dawno zniknął mi widok minecraftowej Ziemi, ale jednocześnie czuję, że zaraz znowu spadnę w dół. Brak mi sił, coś zaczyna mi podpowiadać co zrobić - wystarczy intencja. Nie mając nic do stracenia wypowiadam "do nieba". Czuję, że znowu łapie mnie ta niewidzialna siłą, która przedtem ciągnęła mnie  w różnych kierunkach kiedy chciałem się dostać w pewne miejsce. Tym razem już nie zmienia kierunków, leci wprost do nieba - a ja mogę sobie odpocząć. klik

Jestem w swoim domu obok łóżka, trochę zdziwiony wychodzę przez ścianę i okazuje się, że jestem w nieznanym mi miejscu. Wiem, że muszę przejść jakiś kawałek trasy i idę. Obok mnie pojawia się Opiekun ze śmiesznym urządzeniem na brzuchu, który pokazuje ilość pozostałej energii. Domyślam się do czego to służy, kiedyś żartowałem sobie z Opiekuna, że gdybym go spotkał, to zrobiłbym mu taki wywiad, że nic by się nie ukryło. Te urządzenie po każdym zadanym przeze mnie pytaniu odejmuje ilość pozostałej energii, czyli pokazuje ile pytań mogę jeszcze zadać Opiekunowi. klik  Automatycznie po przejściu pewnego odcinka trasy przenosi mnie dalej i znowu muszę przejść jakiś odcinek.

Prosta droga, a Opiekun wydaje się być w dobrym humorze bo żartuje sobie ze mnie i nie odpowiada na pytania, ale mówi jakieś głupoty, które ciężko było zapamiętać. klik Tutaj już droga przestała być prosta, nawet Opiekun przestał żartować i zaczął mnie jakoś wspierać - nie wiem, ale jego postawa diametralnie się zmieniła. Na początku wydawało mi się, że usłyszałem fragment muzyczki z Rayman Origins - dokładnie to tą. Tutaj już trzeba było wykazać się umiejętnościami i ... skakać z platformy na platformę unikając parzących roślin. Wszystko jest pokryte trawą, parę razy skoczyłem nie tam gdzie trzeba i mnie trochę poparzyło, ale w końcu udało mi się pokonać i ten odcinek trasy. Wszystko znika, pokazuje się czarne tło - zaczyna się jakiś film a mi dostrojenie nagle szarpie i koncentruje się od tego momentu na nim żeby jakoś je utrzymać. W myślach niemal krzyczę - noo nie teraz ! Niestety nic nie mogę zrobić i budzę się zanim zdołałem zobaczyć cokolwiek o czym był ten film.

8 lipca

Prośba do Boga

Powoli wszystkie odczucia jakie mam znikają, zaczynają mnie przyciągać zwykłe rzeczy chociaż jeszcze jeden aspekt pozostał. Przynajmniej przez parę dni, później  i on powolutku uleci. Aspekt o którym mało napisałem, a o którym ciężko będzie napisać. Bo jak można pisać, że przez te parę dni nagle uświadomiłem sobie obecność Boga. Że był nawet jak ja przestałem zwracać na niego uwagę, że jest i będzie dalej nawet wtedy kiedy znowu o nim zapomnę. Nie chcę tutaj wchodzić w dyskusje na temat tego, czy można mówić o Bogu jako o kimś osobowym, piszę o tym czego ja doświadczyłem, a to nie zawsze musi zgadzać się z teoriami.

Dla mnie Bóg stał się nagle przyjacielem, którego przestałem się bać, przyjacielem, który ochroni przed każdym atakiem energetycznym jeśli tylko w to uwierzę, że naprawdę może mi pomagać i On to robił. Dodać muszę, że nie był to kontakt jak w przypadku autora książek "rozmowy z Bogiem". U mnie była pewność, że on istnieje - chociaż i w sumie się z tego cieszę, nie powiedział do mnie ani słowa, a ja i tak wiedziałem, że jest - że to on, a nie jakaś inna istota, która bawi się ze mną czyniąc mnie swoim wielbiącym. Gdybym miał przełożyć na słowa moje odczucia i sens tego doświadczenia brzmiało by to tak "Hej, fajnie, że mnie znowu dostrzegasz, pamiętaj, że zawsze jestem obok Ciebie, nawet jak nic tego nie potwierdza, a kiedy "zniknę" działaj w zgodzie ze sobą".

Czas kiedy ten stan dalej trwał wykorzystałem na dwa sposoby, prosząc Boga o różne rzeczy, ale i dzieląc się z innymi tym, co w tamtym momencie czułem. W ten sposób przypadkowe osoby, które spotykałem na swojej drodze rozdając ulotki dostawały ode mnie wstawiennictwo do Boga "Niech Cię Bóg błogosławi". I to wszystko było całkiem naturalne.

Uzdrowienie serca

Poszedłem spać przed północą, obudziłem się po 2:40. Wydawało mi się, że miałem dużo intensywnych snów, ale praktycznie nic z nich nie pamiętałem. Może tylko to, że byłem z paroma osobami i nasłuchiwałem w telefonie czegoś, jakby na coś czekając. W słuchawce dało się słyszeć bardzo ciche odgłosy - coś zaczyna się zbliżać. Tutaj się obudziłem. Znowu poszedłem spać, a tutaj wpadł mi taki sen :

Śnię sobie, wizualizuje siebie tak, jakbym mentalnie chodził po stworzonym przez siebie terenie. Szybko odczucia przenoszą się do wyobrażonego siebie, którym wchodzę do autobusu. W autobusie przestaje kreować rzeczywistość i obserwuje wszystko co jest na zewnątrz, teren sam się już tworzy. Nie zwracam zbyt dużej uwagi na pasażerów, ale jest ich trochę w środku. Wychodzę na następnym przystanku i nagle zmieniam kierunek moich myśli. Zamiast dalej zatapiać się w swoich kreacjach, ja mówię na głos "Boże proszę, ulecz moje serce". Coś zaczyna się dziać, czuję w sobie parę pasków energii, które wędrując z góry na dół przeplatają się jakby coś łatały, nie znam tego odczucia. Pierwszy raz czuję, żeby energia powstała we mnie i krążyła od dołu do góry przeplatając się.  Obudziłem się po 4:30.

10 lipca

Sen i Rzeczywistość

Spotykam we śnie znajomego, ten pyta się mnie czy mam do niego numer telefonu. Sprawdzam czy mam paląc sobie papierosa - tutaj mogę palić, w końcu to sen  i na pewno nie wpłynie to negatywnie na moje zdrowie - mówię do niego wyjaśniając co robię. W rzeczywistości nie palę papierosów, ale w końcu można to robić we śnie. Paląc fajkę czuję, jakbym oddychał miętowym powietrzem - chyba mi się zmysły poprawiły we śnie, bez żadnych negatywnych efektów palenia papierosa we świecie realnym. On zachowuje się i daje mi do zrozumienia, że dla niego to taka sama rzeczywistość, jak real. Niech mu tam będzie, znajduje jego numer telefon w swoim telefonie. Jest. Chociaż nawet nie wiem czy jest poprawny, tylko podpis świadczy o tym, że rzeczywiście go znalazłem. Klik. Chodzę sobie z nim jakiś czas, rozmawiamy sobie - mówię mu, że na Ziemi mamy swoje głupiutkie części nas samych - jest w tym trochę melancholii, że musimy przez to przechodzić. Mój znajomy ma chyba inne zdanie, bo zupełnie się tym nie przejmuje. Znowu mnie przenosi. W końcu się żegnamy, on idzie do swojej rodziny a ja idę dalej. Klik

Dalej trwa noc, jednak dzięki temu magiczna aura, która dobiega z niemal radioaktywnego Oceanu, którego w oddali widzę już brzeg - teraz jeszcze bardziej kusi swym zielonym emanującym w górę kolorem. Pierwszy raz widzę coś takiego, w sobie czuję tęsknotę za swoim źródłem , chcę tam iść. Mimo, że brzeg oddalony jest ode mnie o spory kawałek, wiem, że mógłbym tam dotrzeć już teraz. Jestem w mieście, szare ulice nie zdołały mnie zatrzymać, zrobiła to jakaś osoba, która zaczęła tłumaczyć mi, że nie mogę teraz tam iść. Ale ja chcę zmienić formę, zdjąć z siebie to wszystko i znowu być w swojej formie. W odpowiedzi słyszę tłumaczenia - To nie jest ten czas . Cały czas patrzę się na emanującą pastelową zielenią aurę Oceanu - smutno mi, ale całkowicie zgadzam się z osobą , która mi to mówi. Masz rację...klik

Jestem w barze, postanowiłem utopić swoje żale w alkoholu, tym astralnym bo przynajmniej nie stracę swojego zdrowia,  a i kieszeń się ucieszy. Stoję przy barze, zamawiam drinka, dostaję nie tego co chciałem. Pomarańczowy daje koledze obok, a sam zamawiam jeszcze raz uprzednio tworząc ze swojej energii pieniądze. Nie tracę dobrego humoru, a barmanka jest tak urodziwa, że trudno się na nią złościć za to, że nie dała tego, co trzeba. No i ten uśmiech. Drink ma swoją nazwę, ale nie będę robił reklamy, bo jest to nazwa istniejącego produktu. Mocno zielony, można się domyślić.  Drink podawany jest w wysokiej szklance, co nie dziwi. Ma w sobie dużo mocno zmielonego lodu.

Astralne chlanie

Piję trochę, i jest bardzo mocny. Czuję zimny, ale mocny smak pijąc go. Wystarczy chwila abym był pijany, odchodzę od baru i idę dalej. Czuję się naprawdę pijany i zaczynam krzyczeć jakieś głupoty "niech żyje, albo nie, niech żyje wódka, w końcu to ona tak działa>. Podchodzą do mnie jakieś trzy inne osoby, równie uradowane jak ja, ale one dopiero zaczynają zabawę. Pyta się, czy nie mógłbym popić z nimi. Spoko, wychylam swój drink do końca za jednym zamachem i ...w jednym momencie urywa mi film. Beż możliwości zareagowania i próby utrzymania świadomości niczym mąż, który wraca pijany do swojego domu i zastaje tam żonę, która "delikatnie" wyjaśni  mu swoje argumenty. Obudziwszy się nie miałem żadnych oznak picia .. ;)

Nadchodzi koniec, odczucie Boga zniknęło bez śladu, że było. Została pamięć, ale pamięć także powoli zostaje zasypywana kolejnymi dniami i wydaje mi się, że to się w ogóle nie zdarzyło, a przecież pamiętam. Gdybym sobie nie zapisywał chociaż w ogólnikach, to myślę, że teraz ciężko mi byłoby to wszystko napisać. Wraz z odejściem tego stanu, w jakim byłem parę dni, pojawiło się znowu uczucie chęci zapełniania pustki. Znowu narażony jestem na odczucia smutku i tęsknoty. Moja dusza pragnie powrotu do swojej formy, a ja zaliczam dół. Myślę o tym, jak to się stało, że przez ten czas czułem się inaczej. Napisałem to już na początku, przez ten czas miałem podwyższone wibracje.

Trudno nie wierzyć w nic

To dlatego odczuwałem Boga, a i w życiu fizycznym zaczęły przejawiać się przez pewnie czas cuda. Cuda bycia w teraz, to o to też chodzi. Podwyższanie wibracji poprzez manifestowanie siebie, poprzez kontakt z własną duszą, która może mieć różne cele od celów osobowości, ale jednak to Ty. Ta prawdziwa istota, która jest nieśmiertelna, prawdziwa iskra Boża. Znowu dół. Dlaczego zaniżanie wibracji tak bardzo przyciąga ? Czy winą za to jest brak odwagi, żeby chcieć przejawiać wyższe wibracje, które to sprawiają, że nagle odbiera się ten cały świat inaczej ? To na pewno nie jest proste, ale nie wydaje mi się, żeby tu chodziło tylko o odwagę.

To poczucie siebie, zaniżanie własnej samooceny i poczucie, że jest się samemu - iluzja oddzielenia i zdania się na samego siebie. Tak nie jest, nigdy nie powiem, że wszystko czego doświadczyłem jest moją zasługą. Nawet jak znowu Cię nie czuję Boże, to wiem, że to także Twoja zasługa. Pozwoliłeś mi tego doświadczyć za co jestem Ci wdzięczny, a pozwoliłeś bo w moim światopoglądzie powstało miejsce, w którym mogło się to zamanifestować . Ten skrawek błękitnego nieba pośród ciemnych chmur, przez które mogło przejść światło. Wiem też, że ciężko jest wierzyć, a jeszcze trudniej nie wierzyć w nic ..

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
marcinoo48
Czas publikacji:
wtorek, 17 lipca 2012 22:02

Polecane wpisy